Przeskocz do treści

W sobotę zafundowałem sobie kolejne srogie lanie. Na własne życzenie,
Wystartowałem w biegu na orientacje organizowane w okolicach Kartuz, a konkretnie w Staniszewie. Po udziale w H45 (50km) postanowiłem spróbować się w czymś spokojniejszym - 21 km (półmaraton). Wyliczyłem sobie, ze jesli połowe drogi przetruchatam, połowę przejdę i dodam kolejna godzinę na ewentualne poszukiwania punktów kontrolnych powinienien zmieścic sie w 4 max w 5 godzinach.
Zacząłem o 21:45 , podczas podajacego od kilku godzin deszczu, po zachodzie słońca. Ubrany jak na dłuższe wybieganie. Liczyłem sie z tym, ze będę mokry, ale wierzyłem, ze truchatając nie zmarznę za bardzo.
Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje założenia i po godzinie wiedziałem, ze cel jaki sobie postawiłem jest zupełnie nieosiągalny.

Poddałem sie po 10-tym kilometrze obawiając sie o zdrowie, byłem całkowicie mokry, bieganie odpadało ze względu na brak odpowiedniego bieznika w butach, wiec pozostawał szybki marsz. A to za mało aby utrzymac odpowiedni komfort termiczny.
Mam kilka wniosków, które nalezy brać pod rozwage w kolejnych imprezach.
Przede wszystkim światło, duuuzo światła. Tym razem dysponowałem zbyt mała ilościa lumenów. Mgła i deszcz, nie ułatwiały zadania. Realnie widziałem wszytsko na 5m do przodu podczas biegu, marszu. To za mało, dwukrotnie wpadłem na płot, tysiackrotnie wpadałem po kostki w kałuże, mokradła itp.
Po drugie wierzyć tylko i wyłacznie sobie. Kilka razy osoby, które spotykałem siały w głowie ziarno niepewności co do lokalizacji. Jak sie okazało później w domu nawigacyjnie nie było dramatu. Ale w środku lasu, nocą świat wygląda inaczej. :]
Wielokrotnie zaliczałem upadki, spowodowane posiadaniem butów z minimalnym bieżnikiem. Przeklinałem je. Ale z drugiej strony miały ogromną zalete. Mimo całkowietego przemoczenia wciąż były lekkie. Raz dosyć solidnie sie potłukłem i wtedy utwierdziłem sie w przekonaniu, ze to pierwszy i ostatni raz kiedy biore udział w takiej imprezie samotnie. Licho nie spi, a o wypadek nie trudno.
Warto sie zaopatrzyc w gaz pieprzowy, albo coś na zwierzynę (psy). Na szczęscie nie miałem kontaktu tym razem, ale dwukrotnie mnie wystraszyły gdy dobiegałem do płotów. ;]

Nie sugerowac sie dystansem w tego typu imprezach. 50 km w dzien a 20 km w nocy to kolosalna róźnica.
Warto nadłozyc troche dystansu, aby miec 100% pewność co do swojego położenia. W nocy warto wybrac trasę, która nie prowadzi na przełaj przez las. Lepiej biegac drogami lub polami. Koniecznie zabrac ze sobą komplet suchego ubrania (pozostawic na mecie). Przwidziałem to i bardzo sie z tego faktu cieszyłem na koniec. Na imprezach gdzie jest wymagany długopis zabrać przynajmniej dwa. Przypinać wszytko smyczami (klucze, telefony) lub chować do kieszeni. Telefon i wszelką elektronikę najlepiej zapakować w cos nieprzemakalnego. Kieszenie są przemakalne. Stuptuty też.
Ubrac sie w odzież techniczną (termoaktywną). Bieganie w mokrych ciuchach jest bardzo nieprzyjemne.
Kolejna planowana impreza BnO to H46 na jesień. Do tego czasu bieganie, bieganie, bieganie...

image

.. czyli jak zapłacic pieniądze, abyś mógl się zmeczyć 🙂
O co dokładnie chodzi ? Ano chodzi o to, zeby przebyć wybrany dystans w określonym czasie. Do wyboru jest 50 km pieszo (TP50), lub 100 na rowerze(TR100). To tak zwana trasa rekreacyjna. Ukonczenie tych dystansów z zaliczeniem punktów kontrolnych nie daje tytułu "Harpagana". Aby zostac Harpaganem trzeba sie postarać. Zrobic 100 km pieszo(TP100), lub 200 km na rowerze(TR200) w 24 godziny (noc i dzień). Jest jeszcze cos dla hadrkorów : 50km pieszo w nocy a potem 100 na rowerze w dzień (TM150). 🙂

Jako, ze to moja pierwsza przygoda z tego typu imprezą wybór byl prosty : 50 km pieszo w 12 godzin. Na 3 minuty przed startem dostaje sie mapę w skali 1:50000 z zaznaczonymi punktami kontrolnymi, do których trzeba dojść. Dojść w okreslonym czasie, po upływie którego punkt jest likwidowany przez organizatora, co automatycznie dyskfalifikuje uczestnika. Oczywiscie mozna isc dalej.. tylko po co.

Jesli chodzi o znajamośc czytania mapy, to własciwie do 3 punktu kontrolnego nie było się czym martwić. Wystarczyło iść za innymi. Potem jednak okazało sie, ze innych nie ma w poblizu, a drogi na mapach wlasciwie nie pasuja do dróg, które sie mija. W środku lasu. Motywujące w takiej sytuacji jest to, że trafia sie od czasu do czasu na takie same zabłakane duszyczki. Kiedy juz właściwie nie ma pewnosci gdzie sie jest, trzeba iść "na szagę" jak to ktoś powiedział, czy na przelaj zgodnie ze wskazaniem kompasu, znaleźć cos charatkerystycznego i lecieć dalej. Tylko, ze kilometry biją, a czas ucieka.

W naszym przypadku wszystko szlo sprawnie do 3-ki. Szukając 4ki przeszlismy obok nie zauwazajac jej i troche błądzilismy. Stracilismy sporo czasu. Do 5-ki było jeszcze trudniej i juz zaczynały sie klopoty z zakwasami. Niby zmeczenia nie ma, ale mieśniami powoli nie mozna ruszać. 6-ty punk, to już był akt desperacji. Dojść i zakończyć. Tylko ze 6-tka jest w lesie, z dala od wszystkiego. Wiec kolejne 4-5 km do ulicy. Po 6-tce tempo nam tak spadło, ze do 7-mki nie dalibyśmy rady z powodu czasu.

I teraz kilka slów od siebie. Było super. Mimo bólu, cierpienia, zmeczenia i w ogóle, warto było i nie żałuje, że wystartowałem. Pogoda była idealna, w lesie juz bez śniegu, tylko czasem małe błoto. Ale liczyłem sie z tym, że bede po kolana uwalony w blocie. Z pewnością nosiłem zbyt wiele bagażu. Litr soku + 1,5 litra wody to za dużo. Tym bardziej, że po drodze mozna spotkac sklep :]
Zastanawiałem sie czy nie zabrać aparatu. I dobrze, że nie zabrałem. Okazji do zrobienia fotek niewiele, szkoda czasu, a aparat swoje waży. Poza tym mielismy dwie okazje na kapiel w rzece. Szkoda by było.
teraz trening, trening i trening.... W październiku H46. ;]
Bateria w moim telefonie poddala sie na 38km, Pawla telefon dociągnął do 43km. Myślę, ze zrobiliśmy ok 45 km. W/g legendy na mapce punkt 6-ty to 34km trasy, wiec zrobilismy jakąś dychę "ekstra". ;]

Jak sie wszystko zakończyło ? Doczłapalismy sie do asfaltu, zlokalizowalismy gdzie jesteśmy i szukaliśmy kogoś, kto mógłby po nas podjechać.
W ten oto sposób wyrwalismy Sławka W. z domu, który nie dość, ze po nas przyjechał, to jeszcze miał ze sobą Żywca :]
"Zwykły bohater" Harpagana. ;]

W sumie do bazy bylo jeszcze jakies 5km, ale chyba na rękach musielibyśmy iść.
Tak to mniej więcej wyglądało :

Jak widac na załaczonym obrazku, Endomondo policzyło czas na niecałe 7 godzin (podczas postoju sie pauzuje), a bylismy w terenie 12 ;]
Więcej informacji na harpagan.pl , pewnie niebawem zaczną sie pojawiać zdjęcia, filmiki i wyniki prawdziwych twardzieli (i twardzielek).